Ekspert? Sprawdzam

Rozmawiam ostatnio z jedną klientką. Po krótkiej wymianie uprzejmości pada pytanie: czy będzie mnie stać na Pańską usługę? Chwila ciszy z mojej strony, po której wydobywam z siebie: słucham? Zdziwieniu mojemu nie ma końca, ponieważ w zasadzie nawet nie ustaliliśmy zakresu współpracy ani też nie określiliśmy podstawowego problemu. W głowie świdruje mi myśl: czyżbym gdzieś, w jakiejś dotychczasowej rozmowie z kimkolwiek, przesadził, a wieść gminna rozniosła się tu i ówdzie? Chyba nie… Ale, ale, zastanawiam się potem dość długo nad tym zdarzeniem: jaką wizję w naszym kraju ma tak zwany ekspert. Piszę tak zwany, bo rzadko kiedy dane mi spotkać prawdziwego.

Problem numer jeden: why so serious?



Wchodzę na stronę pierwszej lepszej agencji zajmującej się, a jakże, wszystkim. I co widzę? Logotypy BP, WP, TP S.A., TVP, Biedronki, Tesco… Jezu, zasyczałem. Co ja tu robię? I ani słowa o tym, co konkretnie dla tych firm było przez tę agencję robione. Nikt nie napisał: pracowaliśmy wcześniej tu i tu, robiliśmy to i to albo doradzaliśmy tam czy tam. Nie, po co. Przecież logo dużej firmy wystarcza za komentarz, a ekspert, wielki elektronik, który za taką stroną zazwyczaj stoi, właśnie poczuł się zwolniony z obowiązku wytłumaczenia potencjalnemu klientowi, co to była za realizacja, na jakie zamówienie etc., etc.

Problem numer dwa: małe rośnie z czasem...

Ktoś zrobił projekt strony, co tam strony, pierwszej grafiki, ale to już pozwala mu (choć nie wiem, na jakich zasadach) dokleić kolejny logotyp. Z czasem w nocie konferencyjnej można przeczytać: pracowałem/pracowaliśmy dla XYZ (firma dowolna, najlepiej duża). Prawem koła zamachowego jest to, że po dwóch latach kadra średniej wielkości korporacji (czyli dokładnie takich, jakie mamy w naszym kraju) jest już tak zmiksowana, że projekt eksperta urasta, nieskrępowany potrzebą czyjejkolwiek weryfikacji, do rangi niemal stworzenia firmy, dla której był tylko jednym z setek niezaakceptowanych finalnie propozycji „czegoś tam”.

Problem numer trzy: koturn tylko w esperanto!


Sławek Rajch, mój przyjaciel, powiedział kiedyś na konferencji, że koturnem można być tylko wtedy, kiedy się pamięta, że w języku esperanto oznacza on przepiórkę. Tymczasem większość tak zwanych ekspertów wciąż stoi wyżej od swojego klienta, bo ktoś kiedyś wymyślił, że to dobrze buduje relację (sic!). I tak oto jeden z drugim excathedralnie opowiada, gdzie tylko może, swoje androny, gdy tymczasem nawet w szkołach odchodzi się już od takiego „sposobu” wtłaczania wiedzy w młodociane głowy.

Problem numer cztery: pokaż kotku, co masz w środku?

Dzień dobry, czy może mi Pan pokazać przykładowe realizacje stworzone dla Pańskich klientów? „Tego, niestety, nie mogę pokazać, ponieważ obowiązują mnie umowy o poufności” – słyszę w odpowiedzi na pytanie, często zwracając się do potencjalnych podwykonawców tej czy innej usługi (nie, nie znam się na wszystkim, nie jestem od wszystkiego, uchowaj Boże). O ile mi wiadomo, a sam takich umów (NDA) podpisuję kilka rocznie, obowiązują one w fazie przygotowawczej projektu, a głównym obszarem poufności jest sam pomysł i ewentualne uzyskane w trakcie realizacji dane liczbowe, finansowe na temat przedsiębiorstwa/firmy, z którą się współpracuje, lecz kiedy „to” ma już swoją stronę i przede wszystkim działa, to chyba jednak można się pochwalić: robiłem to, stałem za produkcją tego, mam referencje. Sęk w tym, że niewielu robiło. Nie tylko to, ale i cokolwiek.

Problem numer pięć: Mariusz, chrzanisz…

„Jest ci łatwiej, bo w branży szkoleniowej to bardzo proste: szkoliłem dla A, B, C, prowadzę zajęcia dla X, Y, Z, robiliśmy event z Q, W, E, a w innych usługach tak transparentnie już nie jest” – słyszę od znajomego z agencji, kiedy próbuję zrozumieć fenomen niektórych gwiazd internetu (nic osobistego, dodam od razu). OK. Być może nie jest, bo pewnych rzeczy nie da się łatwo i konkretnie ustalić, a być może jest to jednak pole do nadprodukcji (żeby nie napisać nadużyć) pewnych grup eksperckich. A może zwyczajnie nikt nigdy nie zapytał, a co konkretnie robiłeś? To niestety źle świadczy tylko o samym ekspercie, który jednak powinien być osobowością, do której się lgnie i chce się ją pytać w zasadzie o wszystko… Czyż nie?

Problem numer sześć: „a dla kogo ten wywiad? To bez kozery powiem pińcet”

Tak brzmiało pierwsze zdanie wywiadu, którego Pani Pelagia odgrywana przez Bohdana Smolenia udzieliła Laskowikowi w jednym z najsłynniejszych skeczy. Niby oczywista oczywistość, a jednak kłopotliwa i budująca niezdrowy obraz rynku ecommerce. Kasa… Spotkałem się z pytaniem dotyczącym realizacji serwisu (uzupełnię, że sam stronami się nie zajmuję, swoją postawiłem w pół minuty, korzystając z gotowych generatorów, bo też i nie jest mi ona specjalnie do czegokolwiek potrzebna, więc uznałem, że szewc bez butów może chodzić, a przy okazji mam kejsa na szkolenia z cyklu: jak nie powinna wyglądać strona internetowa, nieważne…). Pytanie brzmiało: ile. Odpowiedź moja: wiem, że w tym przypadku prace programistyczne (dość zaawansowany mechanizm) będą kosztowały firmę, której mogę to zlecić, około trzydzieści tysięcy złotych. „Może mi Pan powiedzieć, dlaczego ktoś inny wycenił to na dwanaście tysięcy?” Mogę, ten ktoś nigdy tego nie robił. To jedyne, co przyszło mi do głowy, szczerze.

Problem numer siedem: „Panie Sumie, w sumie Pan niewiele umie”.

Ten fragment pochodzi z wiersza Jana Brzechwy i pewnie wielu z Was, będąc dziećmi, miało okazję go przeczytać. W życiu dorosłym łatwo się przekonać, że jest tenże cytat wspólnym mianownikiem wielu sytuacji, w których słysząc słowo: „ekspert”, powiedzieliśmy „sprawdzam”. Wszystkim przedsiębiorcom, którzy wciąż poszukują rozwiązań problemów, polecam dla odmiany specjalistów. Być może nie łączą oni w swoim portfolio japonistyki, jak i perla czy PHP oraz obowiązkowej w dzisiejszych czasach fotografii, a do tego nie znają się na kuchni hiszpańskiej i nie jeżdżą konno, ale za to jedno jest pewne: znaczna oszczędność czasu wynikająca choćby tylko z nieskomplikowanego procesu weryfikacji. A to przecież w fazie seed każdego projektu jest niekiedy najważniejsze. Miłego!
Trwa ładowanie komentarzy...