Biedny syn marnotrawnego ojca u głuchego dziadka… czy jakoś tak

Jakiś czas temu na facebookowym profilu mojej koleżanki przeczytałem: „75 tysięcy dolarów i dwa miejsca w klasie biznes”. Nie wszyscy się domyślają, zatem wyjaśniam: to stawka za jednego z zachodnich prelegentów, mniejsza o to, którego. Na nas, Polakach, taka kwota za wykład wciąż robi ogromne wrażenie. I chyba… słusznie.

Jest takie powiedzenie: jeśli jesteś w czymś dobry, nie rób tego za darmo. Zasada stara jak świat, która pozwala zarabiać nam wszystkim na czyjejś niewiedzy lub też na braku umiejętności. Na rozmaitych poziomach: i tym podawczym, kiedy robimy coś za kogoś lub komuś coś tłumaczymy, i tym bardziej festynowym, kiedy popisujemy się umiejętnościami na tyle niepowszechnymi, że znajdą się tacy, którzy zapłacą nam za to tylko, aby na nas …popatrzeć lub nas posłuchać. I nie ma w tym, żeby była jasność, nic złego.



Powtarzanym chętnie truizmem jest to, że zachodni prelegenci zjadają polskich na śniadanie. Wcale nie dlatego, że mają lepsze doświadczenie czy większą wiedzę. Po prostu wychowali się w kulturze, w której występ publiczny jest czymś naturalnym. Od dziecka „coś” prezentują. Amerykański nauczyciel prowokuje do pracy w grupach, do zaprezentowania osiągnięć na tym czy innym forum, polski nauczyciel w tym samym czasie za punkt honoru obrał stłamszenie jakiejkolwiek naturalnej aktywności, którą przecież dzieci przejawiają bez względu na to, po której stronie oceanu się rodzą. Dlatego też polski przedsiębiorca rumieni się, jąka, duka, poci, wreszcie dusi nas wszystkich przeciągłym „yyyyyyyyyyyyyy”, podczas gdy amerykański zabawi, rzuci żartem, przebiegnie się dookoła sali, na końcu zrobi szpagat, stanie na rękach i zamacha butem. I wszyscy otworzą bezwiednie usta w znanym współcześnie zaklęciu zachwytu: WOW.

A jednak mam wątpliwości, czy można zapłacić komuś 75 tysięcy dolarów za wiedzę o biznesie, którą bez całej tej gwiazdorskiej otoczki przekaże za "kilometrówkę" Kowalski, który właśnie pierwszy raz w życiu przekroczył dziesięć milionów obrotu. W kabaretowym skeczu Ani Mru-Mru można usłyszeć: - liczy się to, co się ma w środku; – a co Ty masz? – powietrze i watolinę! Często przysłuchując się zachodnim prelegentom, oceniam na chłodno zawartość merytoryczną wystąpienia i mam nieodparte wrażenie, że właśnie ktoś mi zaprezentował powietrze i watolinę. Było skocznie, sprawnie, zabawnie i …o niczym.

Czasem pojawia się w kraju nad Wisłą jeden lub drugi król bajkopisarzy. Tak bowiem nazywam tych wszystkich, którzy mają po 18-21 lat, wiele pasji, mieszkają u rodziców i są prawdziwymi lwami biznesu, nagrywając przecudnej urody filmy na Youtube o tym jak się zmastrub… ups, przepraszam, jak się zmotywować, chciałem napisać oczywiście. Taki król pojawia się po to, aby …stał się cud. Ów polega na tym, że kilkuset, a czasem i kilka tysięcy tegoż cudu spragnionych, przysłuchuje się prawdom objawionym, wśród których można znaleźć subtelne: bądź wierny swoim zasadom (takich Herbertów biznesu można by zresztą wymieniać i wymieniać), ale i te mniej wysublimowane: jeśli Ci coś nie wyszło, to …znaczy, że już wiesz, co zrobiłeś źle. Brzmi nieźle, co?

Mój kolega, Michał Sadowski, autor bestsellerowej książki „Rewolucja social media” (tak, polecam tę pozycję wszystkim, dostałem ją za darmo, jako „influencer”, od Michała :P), napisał dzisiaj na swoim wallu: „uczcie się od tych, którzy utrzymują się z robienia biznesu, a nie z mówienia o nim!”. Nic dodać, nic ująć.
Trwa ładowanie komentarzy...