My, branża

Krzysztof Daukszewicz jeden z listów Ignacego do hrabiego zaczął słowami: „My, polski pipul“, parodiując historyczne wystąpienie Lecha Wałęsy na Kongresie Amerykańskim. Było to moje pierwsze skojarzenie, kiedy z ust doradcy zarządu znanego polskiego portalu internetowego usłyszałem parę lat temu: „my, branża".

Zdarza mi się zastanawiać, dlaczego niektórzy tak niechętnie, a nawet wrogo spoglądają w stronę branży e-commerce. Czasami dochodzę do wniosku, że mimo wszystko winą za taki stan rzeczy trudno obarczyć jakąś konkretną manierę („my, branża“) czy choćby powtarzaną chętnie mantrę („sprzedaż w internecie jest szybka, łatwa i wygodna“). A jednak gdzieś przecież popełniono błąd, skoro wciąż jeszcze wiele tradycyjnych biznesów odczuwa wyraźny zgrzyt między wejściem w świat internetu a pozostaniem po jasnej stronie czytelnych zasad sprzedaży.



I kiedy tak zastanawiam się, kto i w którym momencie popełnił błąd, dochodzę do wniosku, że jest to kwestia nie tyle podejścia do zagadnienia samej e-sprzedaży, ile tego, jak bardzo przedstawiciele tego samego zawodu chcą się od siebie odróżnić. Pytanie tylko: dlaczego? Wszyscy jesteśmy handlarzami. Różni nas towar (produkt, usługa etc.), a także kanał dotarcia do klienta, ale przecież tak naprawdę ...nic więcej? A może się mylę? Tak, mylę się: „przecież handel w internecie jest dla wszystkich, a sprzedaż tradycyjna wymaga nakładów pracy i wielkich pieniędzy“. Mylę się, bo „przecież kontakt z klientem przez e-mail czy telefon to bułka z masłem w porównaniu z codziennym oglądaniem każdego wchodzącego do naszego salonu człowieka“. A poza tym, jak śmiałem nie zauważyć różnicy: „handel tradycyjny to handel prawdziwy, a ten internetowy to tylko nabijanie ludzi w butelkę i sprzedaż po kosztach!“ O tak, „to z pewnością dwa różne biznesy ze wskazaniem na prawdziwy i udawany“.

Pytanie tylko, skąd wzięło się takie myślenie na temat e-sprzedaży wśród reprezentantów tradycyjnych form handlu? Ktoś mógłby powiedzieć, że to złośliwe niezrozumienie tematu, inny powie, że to po prostu niewiedza. A jednak patrząc racjonalnie na ilość dziesięciotysięczników, na wojny cenowe w resellingowych serwisach, wreszcie na to, ile e-sklepów bankrutuje każdego roku, dodatkowo wyczytując tu i ówdzie szarlatańskie tezy o niskiej barierze wejścia, o swobodzie i o tanich gotowych systemach, dzięki którym już za kilkaset złotych można mieć e-sklep, trudno nie wyrobić sobie określonej opinii na temat kondycji, a przede wszystkim jakości handlu internetowego.

Handel w sieci wylansowano jako panaceum na wszystko. I nawet cieszyliśmy się, że jest prawdziwy boom na prowadzenie e-sklepów, ale nie uwzględniliśmy jednego, że każdy komu ten biznes nie wypali, a jego klienci zostaną na lodzie, funduje wszystkim mozolne odbudowywanie zaufania do e-handlu w ogóle. Ten, kto jest przekonany o łatwości prowadzenia biznesu w sieci, powinien dziesięć razy zastanowić się, nim otworzy tutorial zakładania e-sklepu.

Niekiedy (nie piszę, że zawsze) podejmujemy decyzję pochopnie, dowiadując się, że gdzieś ktoś może sprzedać nam tanio partię towaru, który jest „chodliwy“. I podejmujemy ryzyko, bez choćby pobieżnego sprawdzenia tego, jak wygląda sprzedaż tej konkretnej kategorii produktowej w sieci, bo już liczymy wirtualne złotówki, które zarobimy na tak świetnym dealu. Nie tędy droga, lecz wielu chce o tym przekonać się osobiście. W swobodnej rozmowie podczas jednej z targowych imprez, na których bywam dość często, usłyszałem „na handel w sieci nie potrzebujemy tyle pieniędzy, ile na handel tradycyjny“ – co poeta miał na myśli? Chciałbym wiedzieć. Chyba nie tylko to, że magazynem może być szafa. Owszem, dla tysiąca pendrive’ów pewnie tak, dla tysiąca książek z większym trudem, ale od biedy też. I jeszcze dla płyt i pewnie dla patchworkowych obrusów również. Właśnie...

„A sklep internetowy można mieć za darmo!“ Super. Superbzdura. Ale niech będzie, że szafę mamy za magazyn, niech będzie, że skorzystaliśmy z open source’owych rozwiązań, nie zmieniając w nich nic (bo nie było nas stać? Nie, „bo handel w sieci jest tani!“), jak długo wyobrażamy sobie swoje istnienie na rynku, kiedy już ceną (bo przecież czym innym?) wywalczymy sprzedaż całego zdobytego asortymentu? A może w ogóle o tym wcześniej nie pomyśleliśmy... Kto znowu nie pomyślał!? My, branża.
Trwa ładowanie komentarzy...