O autorze
Współautor "Małej encyklopedii obciachu", a także "Tomów kultury" (lata 70. & 80.). Przez pięć lat pracował w Grupie Allegro, między wieloma innymi sprawami zajmując się strategią edukacyjną. Powołał do życia projekt Edukacyjnych Spotkań Allegro. Jako wyrodny ojciec porzucił i projekt, i serwis. Zdarza mu się wykładać emarketing oraz ebiznes w ramach studiów podyplomowych na kilku wyższych uczelniach w Polsce. Na co dzień prowadzi firmę szkoleniowo-doradczą, aktywnie poszukując nowych rozwiązań biznesowych dla swoich klientów.

Guliwer w krainie e-commerce

„Wiesz, ludzie w dużych firmach garbią się, przez co nie umieją patrzeć dalej niż jeden krok przed siebie” - tak mi się jakoś palnęło w rozmowie z dawno niewidzianym kolegą podczas ostatnich Targów eHandlu. Zabrzmiało jak cytat z wpisów Krzysztofa Kanciarza, stąd też dość szybko zacząłem się w duchu śmiać sam z siebie. Rozmowa potoczyła się na temat krajowego e-commerce, a także tego, jak same firmy postrzegają się wewnątrz tej branży. Wniosków, także tych niezdrowo uogólniających, nie brakowało.

Kiedy tak chętnie podkreślamy, że to właśnie Polska ma jeden z najszybszych w Europie wskaźników wzrostu rynku e-commerce, zapominamy zaznaczyć, że jednocześnie wciąż jesteśmy krajem, w którym ten rynek jest jednym z najmniejszych, że od największych dzielą nas dziesiątki miliardów Euro i będzie tak jeszcze nie przez rok czy dwa, ale i dziesięć najbliższych lat, a do liderów nigdy się nawet nie zbliżymy. Mamy mały rynek, który dopiero się kształtuje, zgoda. Firmy, które dość dobrze sobie w takim układzie radzą, czują się bardzo spokojne o swoją przyszłość. To nie tylko zastanawia, to może i powinno dziwić. Specyfika małego rynku sprawia, że nadmierną uwagę poświęcamy wciąż detalom. Nie kwestionując żadnej ze zdobyczy współczesnego e-marketingu czy też, by sprawę wskazać dwubiegunowo, osiągnięć współczesnej technologii, trochę to wszystko śmieszne. Czy przyjrzał się ktoś ostatnio jakiemukolwiek większemu e-sklepowi zza Odry? Polecam, dodając tylko, że wnioski wyciągnięte samodzielnie smakują najlepiej.



Tak się złożyło, że w czasie Targów eHandlu miałem też przyjemność prowadzić panel dyskusyjny „Wpływ regulacji prawnych na prowadzenie e-biznesu”. Unijna dyrektywa, ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną, pliki cookies, to wszystko sprawiło, że ciekawych wypowiedzi i wniosków nie brakowało, ale przyznam, że kiedy usłyszałem postawioną nieco poza kontekstem tezę o rychłej śmierci hipermarketów, uśmiech zawitał na mojej twarzy. Niby dlaczego miałoby się tak stać, pomyślałem od razu. Przecież prędzej czy później markety i hipermarkety wejdą do polskiego e-commerce z równym impetem, co do handlu tradycyjnego. Już wchodzą, choć niekiedy z gracją słonia w składzie porcelany. Owszem, prawdą jest, że Tesco zrobiło coś, co można by na tę chwilę nazwać anty e-handlem w pigułce, ale to tylko dlatego, że - ze zrozumiałych dla baczniejszych obserwatorów względów - poczuło się trochę jak Guliwer w krainie Liliputów, na razie koncentrując się wyłącznie na tym, aby nikogo przez pomyłkę nie rozdeptać i ogłosić swoje pokojowe zamiary. I jak tytułowy bohater powieści Swifta pewnie prędzej czy później opowie się po jednej ze stron, ale ja tu nikomu lektur nie streszczam przecież.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że do tej pory duże firmy z sektora FMCG nie miały szczególnej potrzeby wchodzić do polskiego internetu sprzedażowego. Prawdziwy powód? Tutaj po prostu się nie zarabia. Jeszcze. Polacy jeszcze nie mają ochoty wydawać tylu pieniędzy w internecie, ilu jest chętnych, żeby po nie sięgnąć. Być może nie są dość wyedukowani, a być może po prostu nikt nie umiał ich odpowiednio skusić. Tak czy inaczej, jeśli weźmiemy pod uwagę prezentowane w ogólnodostępnych raportach wartości największych firm w polskim e-commerce, to - poza Allegro - wszystkie one wyglądają dość przeciętnie na tle dowolnej sieci dyskontów.

Wracając do myśli przewodniej i owego zgarbienia mentalnego, chciałem odnieść się jeszcze do tego, co w jakimś stopniu hamuje rozwój polskiego e-handlu. To pewna nieumiejętność spoglądania dalej niż na czubek własnego nosa. Jest ona szczególnie zaskakująca w wykonaniu tych, którzy właśnie odnieśli na tym rynku pierwsze sukcesy. Piszę pierwsze, bo jak ktoś dociekliwy kiedyś słusznie zauważył, próżno szukać milionerów z branży e-commerce w pierwszej setce najbogatszych Polaków. To oczywiście nie jest żadnym wyznacznikiem czegokolwiek, ale z pewnych zrozumiałych dla wszystkich względów byłoby swoistym usprawiedliwieniem takiej, a nie innej postawy. Jako żywo mam w pamięci uwagę, którą mi parę lat temu zwrócono: „Mariusz, ciśnij ich, oni przyszli do nas, a nie my do nich, musisz ich cisnąć”. Owo „ich” oznaczało wówczas firmę InPost. Układ zamknięty? Nie trzeba, sami się zamkną.
Trwa ładowanie komentarzy...