O autorze
Współautor "Małej encyklopedii obciachu", a także "Tomów kultury" (lata 70. & 80.). Przez pięć lat pracował w Grupie Allegro, między wieloma innymi sprawami zajmując się strategią edukacyjną. Powołał do życia projekt Edukacyjnych Spotkań Allegro. Jako wyrodny ojciec porzucił i projekt, i serwis. Zdarza mu się wykładać emarketing oraz ebiznes w ramach studiów podyplomowych na kilku wyższych uczelniach w Polsce. Na co dzień prowadzi firmę szkoleniowo-doradczą, aktywnie poszukując nowych rozwiązań biznesowych dla swoich klientów.

Targowisko próżności 2.0

Oglądam telewizję. Wiem, to niemodne i nie wypada o tym mówić głośno. Z niemodnych czynności muszę też bez bicia przyznać się do czytania papierowych książek oraz do tego, że nie biegam, nie pływam, nawet nie spaceruję. Jakoś nie mam na to czasu, bo w sumie i tak wszędzie się spieszę. Czasem spieszę się, siedząc na kanapie. Ktoś dzwoni, nie oddałem jakiegoś tekstu, nie zrobiłem obiecanego audytu, a bywa i tak, że to mnie zapomniało się do kogoś napisać/zadzwonić, a przecież wiecznie jestem w pędzie, zaganiany. Nawet pisząc te słowa, dzień świra, zresztą, sami wiecie…

O social mediach i ich brzemiennych dla wielu skutkach opowiedziano już wszystko. Były więc i pozwy, i zwolnienia dyscyplinarne, pomówienia związane ze szkalowaniem jakiejś osoby za to, że niby dopuściła się niegodnego czynu, bo ktoś jej (tejże osoby) zdjęcie pomylił z bardzo podobnym etc., etc. O pozytywach mówi się, że nie trzeba ich wskazywać, bo każdy sam najlepiej wie. Uhm… Pewna związana z ową obecnością w mediach społecznościowych popularność, która sama w sobie też nie jest żadnym wyznacznikiem biznesowego sukcesu (ale ja nie o tym) stała się, czy tego chcemy, czy nie, stygmatem zawodowej pozycji. Nie ma cię na jednym czy drugim portalu? Nie istniejesz.



Pamiętam, jak w 2000 roku tłumaczyłem jednemu profesorowi, że zrobił duży błąd, nie godząc się na opublikowanie swojego tekstu w sieci. Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym pogardy oraz ironii jednocześnie. Dzisiaj mam to samo spojrzenie w kierunku wszystkich, którzy mówią mi: a co byś zrobił bez tych serwisów? Odpowiadam: miałbym więcej życia w swoim własnym życiu. I choć decyzję o tym specyficznym niewolnictwie współczesności musiałem podjąć świadomie, to jednak niczego sam nie wybrałem. Podkreślam, musiałem się zgodzić na warunki, które branża internetowa sama sobie wyznacza. Nie ja decyduję, ale oczywiście zawsze mogę iść na grzyby albo, jak w znanym dowcipie, rzucić wszystko i pojechać do [tutaj miejsce na lokalny wypełniacz dostosowany do regionu czytelnika :P].

I niby tak wiele nie mogło się zmienić w ciągu ostatnich 4-5 lat, a jednak wciąż odczuwam niesłabnącą ochotę wyjścia z tego specyficznego układu. Niby co mnie w nim trzyma? Czyjeś „czekiny” z jakiejś obciachowej pseudokawiarni, w której trzeba się parę razy do roku pokazać? Stały dopływ informacji o tym, że nagle najpopularniejszym żarciem w kraju nad Wisłą jest wołowina w bułce, ale nie ta od klauna, tylko taka z prawdziwej przedniej ćwiartki? Srsly?!!! Wpis, po którym już wiem, że ktoś ma właśnie depresję? Sygnał o cudzym ADHD objawiającym się dziesięciokrotną zmianą zdjęcia profilowego w ciągu jednej godziny? Jest jeszcze klout.com, gdzie nie wypada zejść poniżej 60 punktów, więc trzeba tutaj polajkować, a tam skomentować, a gdzieś jeszcze wbić szpilę, licząc na szybki dopływ „lajków zwrotnych”.

W tym wszystkim jest i biznes, którego granice zacierają się między „już nagabywaniem” a „jeszcze sprzedawaniem”, między kokieteryjnym: halo, jestem, czekam, a mało wyrafinowanym: kup to, kurwa. A skoro o wyrafinowaniu, to przecież jest też kultura! Co tam kultura, phi, to kultura wysoka! W końcu SM to państwo w państwie, internet w internecie. Wszyscy musimy uczestniczyć w życiu społecznym i kulturalnym, bo jak potem włączyć (oczywiście przypadkiem) telewizor i nie mieć pojęcia: kim do diaska jest koleś, który prowadzi kulisowe rozmowy na tym festiwalu?! No jak!?

Przed laty moda na to, żeby nie oglądać telewizji, wydawała mi się rewoltą i to – dodam od razu – w słusznej sprawie. Byłem pewien, że moje pokolenie mówi stop śmieciowemu przekazowi. Czułem podskórnie, że te wszystkie beznadziejne telenowele, kretyńskie teleturnieje, programy informacyjne tak skutecznie pozbawione treści, że wywiady z Gołotą brzmią przy nich jak wykłady z logiki, że to wszystko po prostu jest zbyt płytkie intelektualnie, aby mogło przyciągnąć przed ekran młodych ludzi. Internet te dziesięć lat temu też był inny, co do tego nie muszę chyba nikogo przekonywać.

Mam nadzieję, że moje pokolenie przeprowadzi jeszcze jedną rewoltę: oswobodzenia branży (nie tylko tej stricte internetowej) z oków SM, które przestały być dodatkiem (być może nigdy nim nie były), a stały się głównym przekazem generującym „pierdyliardy” info-śmiecia i nieprzebrane tony LOL contentu. Nadzieję, że kiedyś zadziała to tak, iż nikt nie zaprosi mnie do obejrzenia na YouTubie wywiadu z kimś, kto w telewizji nie umiał złożyć pół zdania po polsku. Wreszcie nadzieję na to, że pokoleniu trzydziestolatków w odwrocie od telewizji chodziło głównie o marną treść, a nie o to tylko, że trudno w niej samemu zaistnieć.
Trwa ładowanie komentarzy...